<title_newspaper=Przekrj> 
<title_article=W Korei> 
<author_1=Henryk Korotyski>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1951">
<month="12">
<date=1951-12-16>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Mj towarzysz koreaski obj swoj opiek przedni cz nieba, ja za  usadowiwszy si tyem  obserwuj ca reszt powietrznej strefy. Jak na zo pikna pogoda, ani jednej chmurki, adnej nadziei na deszcz. Szosa sucha jak pieprz, gazik wzbija wic tumany kurzu, a to te moe by niezdrowe  nie dla puc, ale dla caego organizmu: taki tuman bowiem to wskazwka dla lotnika, e samochd jedzie. Tym pilniej obserwujemy obszary niebieskie, co wprawdzie wielkiej gwarancji bezpieczestwa nie daje, bo odrzutowe samoloty robi, jak wiadomo, 1000 km na godzin, ale zawsze bd co bd lepiej troch wczeniej ni troch pniej widzie i wiedzie. Moe zdy si skry samochd, wyskoczy i skry si samemu?
Co pewien czas wzrok zelizguje si z nieba na ziemi i wtedy widz, e pust na og szos przemyka si co czas pewien podobny do naszego samochd-ogrdek albo chopski wz-ogrdek albo cae szeregi zielonych krzaczkw. To onierze koreascy i ochotnicy chiscy, ktrzy te ustroili si gazkami, maszeruj na front. Ale rzadkie to spotkania, za dnia bowiem lotnicy-piraci urzdzaj sobie polowania na pojedyncze samochody, na wozy chopskie, na ludzi spokojnie idcych drog. Wieczorem dopiero, gdy dobroczynny mrok przykrywa ziemi, szosy zaczynaj pene, ruchliwe, obfite w przygody ycie, ktre toczy si a do witu i ganie wraz z ostatnimi gwiazdami.
Ale teraz jest dzie i te nie jest nudno. Wanie na swojej czci nieba dostrzegam najpierw bia smug dymu, a potem prostopadle nad szos znan dobrze sylwetk odrzutowego samolotu amerykaskiego F 84. W teje sekundzie krzycz w ucho szoferowi piengi! (samoloty!). Gazik gwatownie skrca midzy wysokie odygi kaolianu (rodzaj prosa), a my kryjemy si w zagbieniu  i patrzymy co dalej. A dalej jest tak, e pilot.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>